|
| Zwariowałam. Zdecydowanie zwariowałam... |
|
|
07:25pm 02/12/2006 |
|
| |
Właśnie doszłam do wniosku, że pewne skłonnośc niestety są dziedziczne. Moi rodzice kupują rzeczy, na które kompletnie i absolutnie ich nie stać. Moja siostra wydaje pieniądze, których nie ma. Ja zawsze twierdziłam, że sie z tego domu wariatów wyrodziłam - złudne nadzieje! Właśnie wydałam całe swoje grudniowe stypendium na kożuszek. Bo mi się spodobał. Kropka. I jeszcze żeby mnie ktoś powtrzymywał, żeby uświadomił, że to kompletne szaleństwo, że to artykuł luksusowy i w ogóle... Ale nie - podoba ci się, drogie dziecko, to bierz. Raz się żyje i w ogóle! Powiedzcie mi - mam się z takiej szurnietej rodzinki cieszyć, czy raczej załamywać się dramatycznym losem dziecka istot nie do końca odpowiedzialnych? ^^' Ale wiecie, jaki śliczny jest za to? Czekoladowy, długi, na krótkim, aksamitnym futerku, z kołnierzykiem, który można postawić i z kapturkiem. Stworzony dla mnie, spisek i kropka! Teraz będę z jednej strony wyrzucać sobie pozbycie się lekką ręką dziewięciu stów, z drugiej piskać z radości, bo mi się podoba. Jestem nielogiczna! ***Tak, dobrze przeczytaliście - stypendium. Zupełnie prawidłowe stypedium doktoranckie, które wprawdzie dostałam z miesięcznym opóźnieniem, ale dostałam! Nie mam pojęcia, jak załatwione, bo wolałam się nie dopytywać, ale jest. Że tak powiem - łi! Ogólnie stwierdzam, że życie, pomimo takich czy innych wahnięć, jednak jest piękne. Wprawdzie siedzę w pracy średnio po 10 godzin dziennie (plus dojazdy po godzinie w jedną stronę), ale za to tematyka badawcza jest ciekawa, atmosfera z reguły sympatyczna (szkoda, ze tylko z reguły, ale to inna bajka) i jakoś tak nie czuję, żeby to miejsce wysysało ze mnie życie - w przeciwieństwe do zakładu, w którym robiłam magisterkę. Nie pytajcie, dlaczego tak jest, ja też nie wiem - widać moja podświadomość się bawi. Ale jezeli jestem w stanie tam siedzieć calutki dzień i nie wieję z piskiem, to znaczy, ze dobrze trafiłam. Skutek uboczny niestety jest taki, że nie mam czasu na absolutnie nic innego, bo ten który mi w ciągu dnia pozostaje, zostaje bardzo konsekwentnie zmarnowany, bo "już mi się nic nie chce". Przynajmniej jest to w rozsądny sposób wytłumaczalne, w przeciwieństwie do niechemisienia przy nicnierobieniu, które przybierało znacznie poważniejsze formy i zaczynało już chyba podpadać pod patologię. A poza tym jest weekend i zastanawiam się, coby tu porobić. Poza napisaniem notki i daniem znać, że mnie nikt nie zamordował. Dobry objaw! mood:  satisfied |
|
|
| |
|
Read 4 - Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| Uf. |
|
|
09:50pm 03/10/2006 |
|
| |
*padło* Wracanie z pracy o 19.30 rządzi... Na gwałt potrzebuję recepty na bezbolesną zmianę strefy czasowej (koniec wstawania w południe...) i trybu życia. *nos na klawiaturze i się nie rusza*
|
|
| |
|
Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| Chrup - i mamy przełom. |
|
|
08:18pm 01/10/2006 |
|
| |
Od wieków nic tu nie napisałam, co chyba oznacza, ze po prostu przestalam czuć potrzebę posiadania bloga. Może po prostu życie towarzyskie, to "realowe", stało się w którymś momencie na tyle intensywne, że zwierzanie się internetowamu pamiętniczkowi ("Mój pamiętniczku, piszę do Ciebie, bo jest mi smutno", te sprawy), stało sie zbędne... Czy raczej: nie szukam już tak bardzo kontaktów z ludźmi, których jeszcze nie znam, a mogę poznać. Wysyciłam się pod tym względem? Może. Ale tak jakoś sobie obiecywałam, że zdam raport, kiedy będę już wiedziała, co dalej. Muszę przyznać, że okresy przejściowe w życiu to po prostu uosobienie koszmaru. Wszystko ok, wszystko gra, a gdzieś głeboko siedzi sobie taki malutki stworek o imieniu Niepewność, który szepcze czasem do ucha "a co będzie po studiach? A jak znajdziesz pracę? Na pewno nie znajdziesz... Zawiedziesz wszystkich i siebie". Nie głośno, ale właśnie tak cichutko, gdzieś na poziomie podświadomości, nie krzyczał, ale drążył i drążył, powoli, ale wytrwale. Bardzo skuteczny sposób na załatwienie sobie kompletnego rozstroju nerwowego, zwłaszcza w sytuacji, gdy ma się pełną świadomość, że w załatwianiu spraw jest się nogą totalną, coś, na co sie liczyło, nie wypala, a potem wszystkie inne możliwości zdają się być zamknięte. Bo jeśli nie doktorat w zakładzie, który nie wypalił, to co? Jeśli terminy składania papierów już minęły lub własnie mijają? Praca? A jeśli praca, to gdzie, jeśli nie wyobrażam sobie zupełnie przekładania papierków w jakiejś firmie, a pracy w zawodzie przecież jak na lekarstwo? Frustracja rulez, powiedziałabym. Magisterka napisana. Magisterka obroniona. A cała reszta to zupełnie niecodzienna mieszanka niesamowitego szczęścia i niesamowitego pecha, o takim natężeniu, że brzmi jak książka mało rozgarniętego autora. - Bo czy normalnie zdarzają sie takie przypadki, że spotkani przypadkowo na ulicy koledzy tak po prostu dają namiary na miejsce na doktorat? To na plus. - Że moja Wanna-Be-Pani-Promotor załatwia dodatkowe miejsce w zakładzie specjalnie dla mnie, po krótkiej rozmowie ze mną, tak po prostu? Nie mam zielonego pojęcia, co było we mnie takiego, żeby ją do mnie przekonać, mogę napisa tylko tyle, że polubiłam tę panią od pierwszego wejrzenia jak mało kogo ^^" To na plus. - Że moja Wanna-Be-Pani-Promotor załatwia mi możliwość zlożenia papierów prawie miesiąc po obowiązującym terminie? To na plus. - I wreszcie na minus. Że zdolne dziecko popisowo egzamin na ten doktorat zawala! Ja wiedziałam, że tak będzie, życie nie działa tak, że zdarza się cud za cudem, a nic się nie sypie. Sypnęło się niezwykle efektowie: przyszło dziecko na egzamin i trafiło na pana specjalizującego się w dziedzinie bardzo blisko ocierającej się o moją magisterkę, ale w tym zakresie, który praktycznie zignorowaliśmy... w każdym razie dostałam pytania, na które byłam w stanie odpowiedzieć jakąś wariacją na temat "nie wiem", sprawiając wrażenie osoby, która zupełnie nie wiedziała, o czym pisze. Co śmieszniejsze, mój opiekun pracy byłby w stanie odpowiedzieć mnej-wiecej to samo. Dość, że "zdałam, ale bez stypendium", co w praktyce oznaczało, że oficjalnie zdaję, a nieoficjalnie dyrekcja nie chce mnie na oczy widzieć i kropka. Bo są przecież osoby, które zdały lepiej i nie mają miejsca, więc mogą wziąć sobie moje miejsce, ne? Nawet rodzice się łamią i stwierdzają, że przemęczą sie jeszcze rok bez kasy, ale co z tego? Piękne, prawda?... I wreszcie ostatni piątek. Zgadnijcie, plus czy minus? Otóż moja Wanna-Be-Pani_promotor decyduje, że bierze mnie wbrew bardzo nieszczęśliwej z tego powodu dyrekcji i zobaczymy. Bo tak. Na razie bez finansowania, ale jak dobrze pójdzie, finansowanie powinno się dać za jakiś czas załatwić. Plus. Moje życie ma bardzo kiepskiego reżysera... W każdym razie jutro rozpoczynam studia doktoranckie, na temat, który *dla odmiany* naprawdę brzmi nie tylko interesujaco, ale i konkretnie, a nie, jak w przypadku magisterki "ale bajer, tylko za diabła nie rozumiem po co". Zawalić nie mogę, bo byłoby to popisowe świństwo na skalę stulecia. A z tego wynika, że nie będę miała czasu, ale za to może być fajnie... Bo jakoś tak czuję, że będzie fajnie, chociaż pewnie przedd dyrekcja będę wiała, żeby się na nią przypadkiem nie nadziać... ^^" Podejrzewam, że będę się meldować. Tak jakoś czuję, że będę. W ogóle życie jest dziwne i kropka. mood:  hopeful |
|
|
| |
|
Read 16 - Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| A tak mnie naszło... |
|
|
09:07pm 23/08/2005 |
|
| |
Kyaaaaaa!!!! O.o (Tę notkę sponsoruje nieartykułowany okrzyk wydawany na widok panującego w pokoju bałaganu. Okrzyk nie zostałby wydany, gdyby jutro nie przyjeżdżał do mnie Miyaczek i bałagan ten istnieć w tym momencie w żadnym wypadku już nie powinien, ale nie wdawajmy się na razie w szczegóły...). Skąd ta notka? Wczoraj ładowałam kolejną porcję fanfików na Czytelnię. Dla niewtajemniczonych: Czytelnia jest kolejnym, nieistniejącym jeszcze oficjalnie modułem serwisu Tanuki (dawniej: Wszechbiblii Anime), modułem, którego Naczelną podobno jestem (co objawia się tym, że pozostała część redakcji i nie-redakcji skutecznie włazi mi na głowę. Normalka). Ładowaliśmy, ładowaliśmy, obgadywaliśmy przy okazji rozmaite opowiadania i ficzki radośnie... radośnie głównie wtedy, gdy temat zbaczał w kierunku tak zwanych gniotów. Jak wiadomo bowiem, na jednego fika wybitnego i pięć takich, które da się czytać (chociaż najlepiej po głębszym), przypada jakaś setka takich, których czytać się nie da nawet po zaprawieniu się substancjami ciekłymi o podejrzanym składzie (np. o pH 2,7 i kolorze brązowym). Jakoś tak zeszło nam na starą, dobrą, nieistniejącą już w tamtej formie Wszechbiblię i jej fikową zawartość - pisaną na jedno kopyto, według tego samego, paskudnie nudnego schematu i z tymi samymi błędami w kompozycji... I w którymś momencie Majeczce przypomniał się mój Podarunek. Mam nadzieję, że nikt nie pamięta tego potworka? Tak czy inaczej, potworek podobno jej się podobał... Powinnam się niby cieszyć, ale zamiast tego złapałam sie za głowę, schowałam pod stół i zaczęłam z przerażeniem w oczach łypać na monitor nie wiedząc, czy przypadkiem zaszycie sie w sarkofagu, schowanie go do piwnicy, a następnie wysadzenie bloku w powietrze nie byłoby przypadkiem dobrym pomysłem. tak się bowiem składa, że jakiś czas temu, notabene przy okazji podobnej dyskusji, sięgnęłam po moje pierwsze i jedyne fanfikowe dzieło i... przeczytałam je (tak, proszę państwa, trzy kropki były konieczne, aby nadać temu stwierdzeniu odpowiedni nastrój grozy). Ludzie! Zaprawdę, powiadam wam, nie wierzę, że tak pisząc mogłam zdać maturę! Nie wspominajac o tym, na co ją zdałam. Krótkie, nierozwinięte zdania, stylistyka na poziomie przedszkola i proporcja opisy:dialogi dokładnie odwrotna, niż być powinna. I JA TO NAPISAŁAM?! I dlatego wczoraj wieczorem, leżąc spokojnie w łóżeczku, pod otwartym oknem, z którego rano obsypie mnie deszcz styropianu (ale to już zupełnie inna historia), zastanawiałam się długo, acz intensywnie, jakim cudem. Nie, jakim cudem mogłam być taka młoda i głupia dwa (czy to były trzy?) lata temu, ale dlaczego w tej chwili wydaje mi się, że piszę odrobinkę lepiej? Pierwsza myśl brzmiała "forum". No dobrze, ale czy ja na forum pisałam aż tak dużo, żeby wyrobić się, choć odrobinkę, (pseudo)literacko? A potem przypomniałam sobie nagle, że kiedyś miałam bloga. I dlatego piszę teraz tę bezsensowną, trochę refleksyjną, ale przede wszystkim jednak bezsensowną notkę, odkurzając miejsce w sieci, które już dawno powinni odpiąć od aparatury podtrzymującej życie, bo miejsce na serwerze przecież zawala, i zastanawiam się, czy przypadkiem za chwilę nie cofnę się w rozwoju. Bardziej. Jeszcze bardziej. tak to jest, jeśli nie pisze się absolutnie nic, nie licząc wyduszanych raz na jakiś czas recenzji (co ciekawe, jakimś cudem coraz dłuższych). I tak się zastanawiam, czy nie wypadałoby jednak zaglądać tu raz na jakiś czas, choćby po to, żeby nie zapomnieć, jak się układa zdania (najlepiej wielokrotnie złożone, prostych chyba tak szybko się nie oduczę). A co do podarunku Chaosu - Majeczka męczyła mnie, zebym poprawiła. Co sprowadza się do napisania od nowa. Kto wie, kto wie... :> Łoki, że się tak nie po polsku i wybitnie niepoprawnie wyrażę. Trzeba tu posprzątać! A relację ze zjazdu i wizyty u Miyaczka w Legnicy może kiedyś się napisze (chociaż to mocno wątpliwe). PS. Jeśli czytasz tę notkę, a napisałeś/aś kiedyś opowiadanie lub fika, który nadaje się do pokazania światu (na pewno się nadaje, nie sciemniaj!), dawaj :> (serika_chan@interia.pl). mood:  cheerful |
|
|
| |
|
Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| Jouful, joyful? |
|
|
05:14pm 26/04/2005 |
|
| |
Czy to normalne, że dwie stare baby (lat 21 i 23) siedząc same w domu, puszczają sobie soundtrack z Krróla Lwa na pełny regulator i wydzierają się do niego wniebogłosy, prawdopodobnie sprawiając, że nieszczęśni sąsiedzi za moment wybiorą się na safari, aby jakiegoś zwierzaka ustrzelić z zemsty? Nie? Tak myślałam... Nie mam pojęcia, dlaczego radość życia czepia się mnie akurat w takich momentach, kiedy nie powinna. Katar mam. Gardło mnie boli. O stanie zdrowia pewnej osoby z bliskiej rodziny wolę nawet nie myśleć. Dostałam tróję z egzaminu, czego wszyscy mi gratulują (tak, już powiedziałam Mamie. Jakoś to przeżyła - dobry moment wybrałam, zbyt zajęta była na porządne trucie, a teraz jakoś jej się nie nawijam...). Średnia zjechała mi do 4,3, co jest osiągnięciem absolutnie niedoposzczalnym - nie dość, że pół stopnia niższa od mojej normalnej, to jeszcze poniżej progu stypendialnego! A mam jeszcze przed sobą tylko dwa egzaminy. A, i dwa seminaria w języku angielskim, którego jak powszechnie wiadomo nie znam. Nie jest dobrze... Oj, nie jest dobrze. Widać mam jakieś reakcje obronne, ot co! Wniosek jest taki, że czy wszystko idzie mi na rękę, czy się wali, i tak ucierpią sąsiedzi. Mam przy tym nadzieję, że nieszczęśnicy nie są z gatunku "babć-rydzykówek", bo właśnie zasysa się soundtrack z Zakonnicy w Przebraniu - a jak TO zaczniemy śpiewać, to mogą zwątpić. We wszystko. A teraz niech mnie ktoś kopnie, zebym się za coś konstruktywnego wzięła, no! (tak, to pewnie będę w każdej notce powtarzać). Plan na czas najbliższy: - przygotować te piekielne seminaria, bo tym razem się nie wykręcę (a raczej: lepiej dla mnie, żebym się nie wykręciła) - może jednak napisać jakąś recenzję? (jak skończę Monstera... dlaczego zaklepałam coś, co ma 50 odcinków i NADAL wychodzi!?) - zacząć kompletować notatki do reszty egzaminów, bo MUSZĘ dostać piątki. I tyle __^__ - kopnąć tę cholerną gildię na neopetach, bo bycie szefową zobowiązuje (ja bym się nie obraziła, gdyby ktoś ją sobie wziął...) A tak poza tym mamy 333 recenzje (!!!) i oglądalność w okolicach 500 dziennie. Prawda, że jesteśmy wielcy? XD music: Lion King & Sister Act soundtracks |
|
|
| |
|
Read 3 - Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| A po licha mi temat? XD |
|
|
05:11pm 01/04/2005 |
|
| |
Melduję posłusznie, obywatele, że jest mi lepiej, więc więcej marudzenia w najbliższym czasie nie będzie! Cieszycie się? *pokazuje plakietkę z napisem "oklaski", żeby publiczność wiedziała, jak się zachować*Chociaż marudzić powinnam chociażby na Lany Poniedziałek, w który to zamiast na planowaną wycieczkę do Kampinosu, wybrałam się na nieplanowaną - do lekarza. I teraz obżeram się antybiotykiem licząc na to, że ten dla odmiany pomoże (bo poprzedni był do kitu). Czy lekarstwa mogą wpływać na samopoczucie? (znaczy, wiem że mogą, ale nie wiem, czy to konkretne też). Bo jeśli tak, to znam winowajcę moich ostatnich wyczynów z gatunku "nie zbliżać się, bo pogryzę!". A gryzłam wszystkich naokoło, od znajomych, przez rodziców, do opiekuna na studiach (biedactwa...). Następnym razem napiszę sobie na czole "Jestem chora i zła. Nie podchodzić bez szczepień ochronnych!", to może wszyscy uciekną, zanim coś im zrobię :P I mnie, ^$^%#^, przez to wszystko wycieczka ominęła, buuuuuu! *pokazuje plakietkę z napisem "uuuuuuuuuu"*A teraz czas na coś bardziej optymistycznegoo. Czyli: łiiiii, a my mamy stronkę! Zapewne pisałam już kiedys (a może nie?), że nasze kochane wszechbiblijne forum w którymś momencie zaczęło być coraz mniej aktuywne, więc, żeby to zmienić, postanowiliśmy dobudować do niego nową stronkę. Nie pisałam? To już piszę! I proszę o aplauz, bo mamy już recenzji sztuk 302 (tak, tam w środku jest zero!), layout wyglądający przyzwoicie (kochana konkurencja zrobiła! ^^ Wiwat Azunime!) i oglądalność rosnącą z miesiąca na miesiąc. Plus coraz więcej nowych osób na forum ^.^V Wygląda na to, że nawet, jeśli nie jesteśmy najwięksi w Polsce, to i tak będziemy się liczyć. Nawet, jeśli pewien pan na M., redaktor pewnego mangowo-animowego pisemka (a ostanio nawet dwóch) nawyzywał nas gdzieś od dwunastolatków. Szkoda, ze nie odważył się napisać tego NAM. Dlaczego mam wrażenie, że ktoś tu się boi konkurencji? XD A dziś wpadliśmy na nowy, rewolucyjny pomysł! *pokazuje plakietkę z napisem "APLAUZ!"*Otóż doszliśmy do wniosku, że pod żadnym pozorem nie warto nastawiać się na starszych czytelników, skoro taki potencjał drzemie w młodszych miłośnikach anime. Zgodnie z nowym planem, obejmujący promowanie takich tytułów, jak Pokemon, Beyblade i Yu-Gi-Oh, mamy od dzić nowy layoput (prawda, że ten żółty Pikachu z boku wygląda znakomicie?), nowy layout fundnęliśmy również forum. Na zachętę dla nowych użytkowników większość starych wyjadaczy zmieniła również avatarki: prawda, że mój jest wyjątkowej urody? Jestem pełna nadziei, że po tym zabiegu nasza oglądalność wzrośnie co najmniej dwukrotnie! Wiwat Wszechbiblia Pokemon! Nie pozwólmy gnębić pogardzanych fanów kultury masowej! *pokazuje plakietkę z napisem "APLAUZ DO KWADRATU!"*Uffff... Lepiej mi dzisiaj zdecydowanie (a może gorzej? XD) I tym optymistycznym akcentem kończę walić w klawiaturę, aby iść na kolejną w tym tygodniu sesję. PS. Czy ja już wspominałam, że mam we wtorek kolokwium, a zupełnie nie mam sie kiedy uczyć?! _^_ PS2. Jestem dumna ze swojej recenzji Violinista! XD O, tutaj jest :P mood:  excited |
|
|
| |
|
Read 6 - Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| Bu kolejne. Niech mnie ktoś kopnie... |
|
|
11:45am 26/03/2005 |
|
| |
Ha! Jest prawie południe, a ja siedzę w piżamce. Fajnie? Nie fajnie, zaraz mnie szlag trafi, bo łazienka jest sprzątana i nijak nie mogę się do niej dopchać... Ot, cały urok wiosenno-świątecznych porządków. Okna już umyte, mój pokój lśni (przynajmniej z wierzchu... Dzięki bogom nikomu nie przyszło go głowy zajrzeć do szuflad, z których rozmaite papierzyska czy inne pudełka po komórkach i myszkach aż sie wysypują), w kuchni mamie zebrało się ni stąd, ni z owąd na przesadzanie kwiatków (dlaczego dzisiaj?!), przedpokój jest właśnie odkurzany... Moment, przecież osobiście odkurzałam go wczoraj! Jakaś paranoja... ^^' Czy tylko ja mam daleko posuniętą alergię na wszelkie tak zwane "święta rodzinne"? Ja wiem, że to teoretycznie bardzo miłe, kiedy cała rodzina nagle ma trochę czasu, żeby pobyć sobie razem, chociażby żeby razem posprzątać, a potem zjeść wspólny posiłek... Tylko dlaczego, do licha, nieodmiennie prowadzi to do awantur? Bo świąt bez przynajmniej jednej kłótni nie pamiętam, jak żyję... Ja zawsze mam wrażenie, że ten dom robi się nagle dużo za mały, kiedy wszyscy lokatorzy zbiorą się w nim na raz, i co gorsza próbują coś robić. Obijanie się o siebie jest dość irytujące. Wysuchiwanie "a dlaczego to jest jeszcze nie zrobione?!" również. Chyba właśnie doszłam do wniosku, że nie dość, że jestem aspołeczna, to jeszcze antyrodzinna. _^_ Swoją drogą tak patrzę przez okno, zachwycam się pogodą... I nijak nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat teraz łapię doła. No dobra, nie teraz, parę dni temu, ale to się tak idealnie pokryło z poprawą pogody, że jeszcze chwila, a perfidnie na pogodę zwalę - bo nie mam na co. Ja już czasem tak mam, że z zupełnie niewiadomych przyczyn każdy drobiazg wkurza mnie niepomiernie, jak ktoś pechowy podejdzie, to gryzę, a już nie daj Boże ktoś mi powie coś nieprzyjemnego... Bez względu na to, jak bezsensowny byłby to drobiazg, dla mnie urasta w tym momencie do tragedii życiowej. Śmieszna jestem. I właśnie dlatego przez parę dni omijałam Herbaciarnię szerokim łukiem, chociaż piekielnie ciągnęło mnie do ludzi, bo gdybym tam weszła, dopóki TO by mi nie przeszło przynajmniej w pewnym stopniu, zapewne powiedziałabym coś, czego potem bardzo bym żałowała... A po co? W zamian za to chyba wyżywam się w domu. Super, po prostu super... Bu. Ja nie powinnam pisać takich notek. Diagnoza: ekshibicjonistka _^_ (przynajmiej nie cierpię na "Dysonans Poznawczy", charakteryzujący fanów cyberpunka XD Rozbrajające, jak często używają oni tego pojęcia uważając, że są wybitnymi intelektualistami).
|
|
| |
|
Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| Bu... T_T (czyli dziecko marudzi, ratuj się, kto może) |
|
|
01:15pm 19/03/2005 |
|
| |
Wczoraj jedna z koleżanek z forum zapowiedziała, że odchodzi. Dlaczego? Bo skład się zmienił, pozostały osoby, których albo nie zna, albo nie lubi. Abstrahując od koleżanki, która zapewne miała jeszcze parę innych powodów, doszłam do wniosku, że gdyby mi ni stad, ni zowąd przyszło do głowy wynieść się z forum, tak na dobre, naprawdę niewiele osób by to zauważyło. Ze starego składu - tego, z którym szalałam na wyprawie po klejnoty i w rozmaitych organizacjach, zostało tylko kilka osób... Ja, Avellana, może Zeg. Reszta albo już dawno na forum nie zagląda, albo zagląda, czyta - i nie pisze, bo nie ma ochoty albo pomysłów. Znudziło się? Pewnie tak. Teoretycznie wciąż dzieje się całkiem sporo - ale ja jakoś nie potrafię przywiązać się do "nowego" składu tak bardzo, jak wtedy. To już po prostu nie to samo. Pewnie cierpię na dokładnie temn sam syndrom, co wszyscy inni - znudziło się - ale chyba nie do końca... Bo ja mam okropną ochotę coś znowu popisać, najlepiej mocno zakręconego, powygłupiać się w forumowej filii Herbaciarni i w ogóle przypomnieć sobie "stare, dobre czasy" - tylko, że do tego koniecznie i nieodwołalnie potrzebuję starego składu. Ja wiem, że to jest bez sensu! Ale chyba nic na to nie poradzę. Swoją drogą ciekawe, czy i kogo w ogóle dałoby się namówić teraz na questa? Pewnie nikogo, jak znam życie... Swoją drogą na blogach jest zaskakująco podobnie. W sumie fakt, że piszę tu "już" drugą notkę w ciągu ostatnich kilku dni, jest tylko i wyłącznie zasługą Miyaczka, który napisał o tym... i coś mnie tknęło. Bo ja też tęsknię za czasami, kiedy to uzależniona byłam kompletnie od latania po całej masie bloczków, a moje notki miały po kilkanaście komentarzy. I co? Znudziło się. Wszystkim. Albo może było tego za dużo i zaczęłam się za bardzo ograniczać? Myślę, że jedno i drugie. Bo rzeczywiście w momencie, gdy przestawałam pisać bloga, powstawał on już wyłącznie z myślą o czytelnikach. Nie, nie był "zafałszowany", po prostu za bardzo przegięty pod względem formy, żebym naprawdę czuła, że wyrażam w nim siebie. Mam dziwne wrażenie, że gdyby ktoś ze "starych" bywalców mojego bloczka zobaczył tę notkę, pierwszą myślą byłoby "Kim jesteś i co zrobiłaś z Seriką?!". A ja wbrew wszelkim pozorom w życiu nie tylko się wygłupiam - chociaż kiedyś pisanie z przymrużeniem oka nawet o sprawach, którymi się przejmowałam sprawiało, że jakoś łatwiej mi było dojść do ładu ze sobą. Może powinnam znowu zacząć - ale na pewno nie będę na siłę pisać humorystycznych notek, jeśli akurat nie mam na to ochoty. Chociaż diabli wiedzą, co dziecku może przyjść do głowy :) W ramach pisania, co sie dzieje, ja tylko wywieszę tu ogłoszenie: "Nie mam czasu!" Ja nie robię w sumie nic kontruktywnego... Ale na przykład tym tygodniu: w środę poszłyśmy z Bianką na pizzę i tyle, jeśli chodzi o wieczór. W czwartek siedziałam sobie u Avellany. Wczoraj grałam. Co jeśli weźmiemy pod uwagę, że z zakładu z reguły wracam po południu, a jeszcze wypadałoby czasem wyjść z psem, powoduje, ze praktycznie cały dzień mam zajęty. I dobrze, przynajmiej nie mam prawa narzekać, że jestem biedna, niekochana i samotna :P Przynajmniej teoretycznie :) Swoją drogą wygląda na to, że chyba kroją mi się kolejne "stałe sesje". Bodajże w środę, o godzinie ósmej rano, doznałam niezłego szoku, ponieważ zadzwonił do mnie mój stary MG, z którym kontakt urwał mi się wieki temu... Bo jakoś tak wyszło, ja zmieniłam maila i w ogóle podobno nieźle sie nakombinował, żeby znaleźć do mnie jakiś kontakt. Jedna z osób, za którymi się stęskniłam :) Jedna, bo jest tego całkiem sporo... Ja nie wiem, jak to się dzieje, że mam wyjątkowy talent do tracenia kontaktu ze znajomymi - i to nawet bardzo dobrymi znajomymi. Ja nie przywiązuję się do ludzi na tyle, żeby bardzo przeżyć rozstanie z kimś - chyba, że najdzie mnie taka melancholijna faza jak dzisiaj... Ale mimo wszystko to niesamowite, jakim cudem udało mi się stracić kontakt ze wszystkimi (!) znajomymi zarówno z podstawówki, jak i z liceum. O jedynej osobie, którą kiedyś nazywałam przyjaciółką nie wspominajac, ale to akurat była decyzja świadoma i w sumie nie żałuję - zdecydowanie za bardzo uzależniłam się wtedy od osoby, która nieszczególnie na to zasługiwała. [swoją drogą, ja chyba naprawdę mam jakieś problemy ze stosunkami międzyludzkimi - kupę znajomych mogę mieć, byle nie dalej -.-] Z innymi jakoś tak to się rozpełzło... Niedobrze, bardzo niedobrze to świadczy o mnie, tym bardziej, że zazwyczaj po prostu o tym nie myślę. Było, nie ma, tyle. Tylko czasem jestem ciekawa, co się z nimi właściwie dzieje... I będę nadal, bo zapewne nie zmuszę się, żeby się do kogokolwiek odezwać. Bogowie... Ta notka zdecydowanie nie powinna pójść na normalnego bloga... W sumie to na żadnego bloga. Ale jak już pisałam - ja mam dzisiaj dziwny dzień.I co mi tam, dzięki bogom i tak nikt już mnie nie czyta. Leci.
|
|
| |
|
Read 2 - Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
| Z dokładnością atomowej sekundy globalnej wyruszyliśmy ratować świat.... |
|
|
07:17pm 15/03/2005 |
|
| |
Siedzę i siedzę, myślę i myślę, coby tu porobić i nagle przychodzi mi do głowy taka myśl: "a może by coś napisać?" Nic szczególnego w gruncie rzeczy, prawda? Ale w moim przypadku należy się temu dziwić i natychmiast zatrzymać to ulotne uczucie, żeby gdzieś nie nawiało, bo potem znowu będę je ścigać przez pół roku... Na forum nie ma żadnego questa, na który miałabym ochotę, o istnieniu bloga niemalże zapomniałam, a generalnie mam wrażenie, że jeszcze chwila, a zapomnę zupełnie jak się pisze i zostanę wtórną analfabetką. Świetlana przyszłość mnie czeka, nie ma co... [Miałam pisać... I figa, bo właśnie koleżanka ścignęła na gadulcu, żebym przejrzała wyniki doświadczenia i wpadła na jakiś genialny pomysł, jakby tu je zinterpretować... Napisałam jej, że wyglądają bezsensownie i żeby dokładnie to napisała. Ciekawe, co można dostać za taki opis? _^_] Stan permanentnego rozleniwienia towarzyszy mi od dłuższego czasu i aż dziw, ze jeszcze nie zasnęłam gdzieś w kąciku na dobre (to znaczy na miesiąc czy dwa). Bo śnięta chodzę, jakbym zaczęła ulegać hibernacji - co przy obecnej pogodzie, ślicznej, cieplutkiej i bardzo mokrej, byłoby delikatnie mówiąc nie na czasie. Zapewne wykazuje to jakąś korelację z faktem, że ostatnio z różnych względów ciągle mam na 8, którą to porę uważam za szczyt barbarzyństwa, ale udajmy, że nie marudzę. Dzięki bogom przynajmniej czasu na lenistwo mam ostatnio pod dostatkiem, jeśli nie w nadmiarze. Sesja skończyła się dla mnie średnio pomyślnie - bo 4,63 z pierwszego semestru nie satysfakcjonuje kujona i tyle - ale za to teraz mam z głowy wszelkie paskudne enzymatyki i jeszcze bardziej paskudne prezentacje z botaniki, i mogę zająć się... No właśnie, czym? Tym co zwykle, czyli nie podejmowaniem prób odwyku od netu _^_ Właściwie to nie bardzo mam o czym pisać... Ale spróbujmy na przykład donieśc światu (który przestał tu zaglądać i lepiej dla niego), co dziecko na przykład ogląda... Violinist of Hameln ogląda, coby recenzję na Wszechbiblię napisać, i bawi sie przy tym rewelacyjnie - przewidując z 90% pewnością, co będzie dalej, i już projektujac ową recenzję... Bo tak skopanego fantasy nie tylko jeszcze nigdy nie widziałam, ale nawet nie czytałam! Pospoilerujmy trochę, dobrze? Na północy jest sobie Królestwo Zła, w związku z czym Królestwo dobra znajduje się zapewne na południu, bo niby gdzie. Standardowo, ale zgoda. 15 lat temu odbyła się Wielka Wojna, podczas której bardzo dzielna dobra królowa uwięziła władcę demonów w Puszce Pandory (czy jakoś tak), a następnie postawiła barierę zamieniającą stwory zła w kamień. Uffff... Powiedzmy, że przeżyjemy. A teraz tak: w pewnej wiosce mieszka chłopak, któremu nagle wyrasta z czoła róg. Fajnie, zaczynamy kojarzyć fakty? Oczywiście przydałaby się jeszcze główna bohaterka, więc chłopak ma przyjaciółkę. Też fajnie. Do wioski przybywa posłaniec, zostaje zaatakowany przez potwory i ranny rzęzi coś o jakiejś księżniczce. Coś mi zaczyna świtać... Ale no ludzie, przecież to nie może być takie oczywiste! Prawda? Nieprawda! Flute okazuje się księżniczką, która ma Uratować Świat, jej przyjaciel Hameln potrafi grać magiczną muzykę zabijającą potwory (na czymś nazywanym skrzypcami, a wielkości co najmiej wiolonczeli), wioska zostaje zaatakowana przez paskudnego stworka, jest Bardzo Dramatycznie, w końcu w niezwykle wzniosłej scenie mieszkańcy stworka pokonując (w domyśle: nie przeżywają tego, rzecz jasna), a nasi bardzo dzielni bohaterowie wyruszają do stolicy, coby ten świat uratować. Zgadnijcie, ile streściłam? Pół serii? Skąd, to były pierwsze dwa odcinki! Trzeci odcinek również mnie nie zawiódł, albowiem dzięki kolejnemu Cudownemu Zbiegowi Okoliczności nasz bohater poznaje swojego Przyjaciela z Dzieciństwa (wspominałam, że Hameln, also known as dziedzic królestwa ciemności, ma amnezję? nie? a nie domyśliliście się!? XD). I tak dalej... Chała rzadka, grafika przypomina pokaz sklajdów (stopklatka. kilka sekund. stopklatka...), a bohaterowie zajmują się głównie gapieniem z głupimi minami na to, co się dzieje i odgrywaniem zespołu Downa. Doprawdy coś pięknego! Na pocieszenie wyciągnęłam od Avellany Irresponsible Captain Tylor, którego kawałki widziałam na Sylwestrze i podobnie jak wszyscy pozostali, którzy je widzieli, zapałałam do tej serii miłością od pierwszego wejrzenia (biedna seria). Pisk! Ale to za 7 odcinków Hamelna, będę twarda! Przynajmniej oglądać mam na czym... A w sobotę nie byłam wcale tego taka pewna, bo moje kochane maleństwo ni stąd, ni zowąd zaczęło się resetować co 5 minut (albo i częściej). Wirus? Diabli wiedzą, przeskanować go nie zdążę! W którymś momencie jednak kurczowo trzymający się życia komputerek zakomunikował o błedach, "powrócił do poprzedniej konfiguracji" i działał prze bite pół godziny, co pozwoliło mi się przekonać, że żadne drobnoustroje się w nim nie pałętają. Bu! Jakby były, tobym wytłukła, a tak to maleństwo zachorowało chyba na dobre... Przejrzałam net - może zasilacz? Kumpel Siostry również obstawiał zasilacz, więc wpadłam na genialny w swojej prostocie pomysł, żeby wymienić i zobaczyć, co będzie. W tym celu należało zawrócić bezczelnie głowę znajomej informatyczce, która szczęśliwym trafem zapasowy posiadała, ściągnąć ją na miejsce pod pretekstem "ja nie umiem sama wymieniiiić" (tak na wszelki wypadek), wymienić... Działa! ^.^v Zadowolona po raz kolejny zamieniłam podpięte pod net komputery (bo swoje maleństwo zastąpiłam sześcioletnim, równie kochanym gracikiem), a po godzinie czy dwóch zauważyłam, że temu bydlakowi nie chodzi wiatraczek... Grrrrr! Zasilacz został rozkręcony (tymi ręcami!), obejrzany, kabelek od wiatraczka przyuważony - i co? I nic, bo niby gdzie ja mam drania podpiąć, jeśli na płycie głównej miejsce owszem jest, ale panoszy się tam wiatraczek od procesora? jeszcze się w niedzielę na gieldę tłukłam bo rozgałęziacz, taki śmieszny, malutki kabelek podpinany do płyty. 10 złotych ze mnie zdarli za 10 cm druty, lichwiarze! - -" Ale maleństwo chodzi i ma się dobrez (poza tym, że wiatraczek w nowym zasilaczu nie spełnia absolutnie żadnych norm, jeśli chodzi o poziom decybeli), a ja przy najbliższej okazji muszę wyściskać Biankę :) Teraz z uwag ogólnych:- weźcie mnie kopnijcie, nic mi się nie chce! T___T - i wiem, że ta notka jest nieskładna i fatalna stylistycznie, ale słowo daję, zapomniałam, jak się pisze! - może następnym razem nagły, niekontrolowany przypływ weny spożytkuję na jakąś postać do Warowni? - albo lepiej recenzję... Jakbym tylko miała akurat co recenzować. - w moim zakładzie ktoś zainstalował gadulca... I jeszcze nikt nie zrobił za to awantury! Winna się nie czuję, jako że to nie ja, ale za to perfidnie korzystam - przynajmniej do czasu, aż ktoś, jak w każdym normalnym miejscu pracy uzna, że to nielegalne i niedozwolone. - ale nie uzna, u nas zawsze było luźno :P - od tak dawna nie miałam doła, że aż się o siebie boję... Albo chodzę śnięta, albo na fazie, tak na zmianę. Normalnie moja osobowość maniakalno-depresyjna ewoluuje! Chyba, że czeka na jakiś dobry moment, żeby poczęstować mnie dołem stulecia _^_ I co? I kompletnie nie ma o czym pisać, bu! Idę z psem, a potem patrzeć, jak mój ulubiony Hameln Odkrywa Swoje Przeznaczenie (koniecznie z wielkiej litery XD). PS. Temat notki to a propos kiepskich fantasy, oczywiście. Ale kto mi powie, z czego to cytat, wygrywa Cinquecento! mood:  content |
|
|
| |
|
Read 8 - Post - Add to Memories - Tell a Friend - Link
|
| |
|
|
|
| December 2006 |
|
| |
| | 1 | 2 |
| 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 |
| 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 |
| 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 |
| 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 |
| 31 |
|
| |
|